Gdyby kiedykolwiek ktokolwiek spytał czemu się chowam, nic
nie piszę i w ogóle słuch o mnie ginie… prawdopodobnie zwalniam wtedy tempo.
Odkręcam sobie śrubę, myślę, że to co robię jest bezsensu i w ogóle to po co się
starać robić cokolwiek. Naprawdę miewam takie etapy, swego rodzaju dołki. ALE
jest i dobra tej tendencji strona! Po każdym stopie naciskam pedał gazu i
wracam.
Tak było i dziś. Postanowiłam, że znów pobiegam, ot tak
sobie. Bez limitów. Kilometry? Czas? A po co to komu? Biegam dla siebie, dla
relaksu, ale przede wszystkim dla siebie. Założyłam swoje stare Adasie,
chwyciłam telefon i.. dałam się ponieść. Po drodze zahaczyła mnie znajoma i
okazało się że ona też chce zażyć trochę ruchu. Pobiegłyśmy razem. Rozmawiałyśmy,
chichrałyśmy się, biegałyśmy, potem
obowiązkowo rozciągnęłyśmy mięśnie.
Czuję się wyjątkowo dobrze. Myślę, że starczy mi energii na
przynajmniej kilka aktywnych dni. Szukam tez sposobów na pozbycie się zniechęcenia
i nie robienia żadnych dłuższych przerw. Any ideas? :)
PS. Ostatnio naszła mnie ochota na tosty z pomidorem i
wykroiło mi się serducho <3







