Zaczęłam dzień od kolejnych łąkowych eksperymentów. Kilka dni temu uzbierałam sporo kwiatów koniczyny i wrzuciłam je na blaszkę do ususzenia. Pomyślałam, że skoro można z niej robić syrop czy lemoniadę można równie dobrze zrobić z niej herbatę. A wiec wzięłam kilka kwiatków i zalałam je wrzątkiem. Posmakowałam i fuuj, ohyda. Dodałam pokrzywy (bo pokrzywa z mięta jest taka mniam, to czemu miałaby nie być dobra z koniczyną? ), nadal okropne. Na końcu wrzuciłam z 2 łyżeczki cukru, ale i to nic nie dało. Wnioski:
- Coś źle zrobiłam. Może za mało kwiatów, a może były słabo ususzone.
- Możliwe, że koniczyna nie nadaje się do sporządzania herbaty.
- A może współgra dobrze z jakimś innym ziółkiem i muszę to po prostu odkryć?
- A może z owocami jest lepsza? Np z cytryną albo mandarynką?
- Albo jest doskonałym dodatkiem do innych herbat.
Porzuciwszy koniczynę wybrałam się po kwiaty bzu. Na szczęście nie musiałam daleko iść, bez rośnie dosłownie za płotem. To pocieszające biorąc pod uwagę stan mojej stopy( mały wypadek przy bieganiu). Postanowiłam wypróbować przepis na placki naleśnikowe z kwiatami bzu. Cała magia polega na tym, że macza się kiście bzu w gęstym naleśnikowym cieście i wrzuca na rozgrzaną patelnię z olejem. Łodygi ucina się przy samym placku a potem przewraca i podsmaża drugą stronę. I włala- pyszności gotowe.
Przyznam, że musiałam je trochę dosładzać, bo samo ciasto z kwiatkami było trochę gorzkawe. Ale to chyba nie szkodzi, przecież naleśniki zwykle jada się z cukrem. Tak sobie myślę, że placuszki bzowe( a co nazwijmy je tak!) smakowałyby dobrze z jakąś konfiturą <3
Chyba zmierzam trochę w kulinarną stronę. Albo może w kulinarno- zielarską. Wszystko to za sprawą Izyboli, która zaraziła mnie pasją do zieleniny i ziółek!


