Wiosna nie próżnuje, wdziera się już wszędzie. Aż chce się
żyć, a problemy nabierają nieco innych kształtów i gabarytów, niektóre nawet
całkowicie znikają. Widziałam dziś stokrotki na trawniku przy uczelni. Były
rozkwitnięte. Wczoraj zauważyłam przebiśniegi. Pomijając moje ostatnie bolączki
jest ładnie i nie mam na co narzekać.
Jestem już pewna, że będzie ciepło i przyjemnie. Założyłam
dziś na siebie ciepły płaszcz, bo przecież o 5.40 na dworze będzie Sybir. I
faktycznie, rano było zimno. Nie wzięłam jednak pod uwagę tego, że później
będzie cieplej. Tak więc musiałam męczyć się z niewygodnym, dużym i ocieplanym
płaszczyskiem.
Coś mnie tknęło i postanowiłam w drodze z tańca na
korepetycje przejść się parkiem. Na pierwszy rzut oka niby nic się nie działo.
Po prawej grupka nastolatków trzaskających sobie zdjęcia, na placu zabaw wuchta
dzieci, a alejki zapełniali seniorzy spacerujący z psami różnej maści. Naprawdę
żałowałam, że nie mogę przysiąść na chwilę. Teraz wiem, że mogłam iść zupełnie inną
drogą. Nie byłoby tak niecodziennie.
Co dziwnego może przytrafić się w parku? Można spotkać
dzieci- klasyka. Albo seniorów- banał. Ludzie spieszący się do pracy?
Zwierzęta? Śmieci? To też normalne. A krew? No właśnie… Szłam chodnikiem na
skraju parku i zobaczyłam czerwoną chustkę rzucona na bruk. Podniosłam ja używając
czystej chusteczki i wyrzuciłam obie do śmieci. Zadowolona z siebie szłam
dalej.. i dalej.. aż doszłam do kałuży krwi! Serio, płyty deptaka były czerwone!
Stałam chwilę przyglądając się czerwoności z niedowierzaniem, a kiedy już uwierzyłam(
widząc karetkę niedaleko) poczułam że żołądek podchodzi mi do gardła i jeśli szybko
stamtąd nie pójdę sama mogę ugrzać miejsce w karetce.
Nie mam pojęcia co się stało, ale ślady krwi wskazywały na
to, że ktoś dostał po twarzy i to mocno. Do tego karetka… Wyewakuowałam się
stamtąd w tempie ekspresowym.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz